Święci Zelia i Ludwik Martin – Rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus

39
Święci Zelia i Ludwik Martin, Rodzice świętej Teresy od Dzieciątka Jezus

ŚWIĘCI ZELIA I LUDWIK MARTIN Rodzice świętej Teresy od Dzieciątka Jezus

Relikwie Świętych Zelii i Ludwika Martin, Rodziców świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Foto: ks. S. Piekielnik / www.diecezja.radom.pl

Wspomnienie: 12 lipca

W niedzielę 18 października 2015 roku papież Franciszek kanonizował małżonków Ludwika i Zelię Martinów – rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Ci święci małżonkowie doskonale wypełnili swoje życiowe powołanie: Ludwik – do bycia mężem i ojcem, Zelia – do bycia żoną i matką.

Powołanie mężczyzny – męża i ojca

LUDWIK MARTIN urodził się w Bordeaux 22 sierpnia 1823 roku. Wzra­stał i kształtował swój charakter w pobożnej rodzinie. W wieku 22 lat zapragnął wstąpić do zakonu kontemplacyjnego św. Bernarda, ale nie został przyjęty, gdyż nie znał języka łacińskiego. Studiował w Paryżu i specjalizował się w zegarmistrzostwie.

Nieustannie pracował nad swoim charakterem i bardzo troszczył się o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. Każdego dnia uczestniczył w Eucha­rystii, adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał różaniec, czytał Pismo Święte i dobre katolickie książki. Angażował się w pomoc charytatywną, regularnie się spowiadał i przestrzegał odpoczynku w niedzielę. Życie Ludwika kształtowała dewiza św. Ignacego: „Wszystko dla Bożej chwały”.

Po studiach Ludwik poznał Zelię, swoją przyszłą żonę. Wspólnie przeżyli wspaniały czas młodzieńczej miłości. Ich spotkania zawsze zaczynały się i koń­czyły modlitwą, bo oboje wierzyli, że to sam Chrystus jest jedynym źródłem tego niesamowitego cudu, jakim jest ich wzajemna miłość.

Żona Zelia była dla Ludwika drugą najważniejszą osobą po Panu Bogu. Troskę o pielęgnowanie małżeńskiej miłości traktował on jako swoje szczególne zadanie. Rozumiał swoją żonę, a w trudnych chwilach, pocieszał, jak tylko umiał. Codziennym zadaniem dla Ludwika było pielęgnowanie cnót, walka z wadami, samodyscyplina. Święta Tereska szczerze podziwiała ojca: Nie umiem wyrazić, jak bardzo kochałam Tatę, wszystko w nim budziło mój zachwyt.

Prawdopodobnie pod wpływem przykładu jego życia Tereska napisała: Dobry Bóg dawał mi odczuć, że prawdziwa chwała to ta, która będzie trwała wiecznie, i żeby ją osiągnąć, nie trzeba koniecznie dokonywać wspaniałych czy­nów, ale trzeba ukryć się i praktykować cnotę w taki sposób, aby lewa ręka nie wiedziała, co czyni prawa.

Ludwik kochał swoje dzieci wymagającą, ale czułą miłością ojca. Czuwał nad bezpieczeństwem fizycznym i moralnym córek. Święta Tereska wspomina, że ojciec dbał o to, by nie zostawić przy mnie żadnej rzeczy, która mogłaby przyćmić moją niewinność, a szczególnie abym nie usłyszała żadnego słowa, z powodu któ­rego próżność mogłaby wślizgnąć się do mojego serca.

Ważną przestrzenią życia Ludwika była praca. Z zawodu był zegarmi­strzem, prowadził własne przedsiębiorstwo. Zapisał się w pamięci bliskich i pra­cowników jako człowiek niezwykle uczciwy, pracowity, sumienny i życzliwy. Szanował Boże przykazania odnoszące się do pracy, szczególnie zakaz pracy w niedzielę. Choć wielu radziło mu, by dorabiał w niedzielę, to on zawsze konse­kwentnie odmawiał.

Jako mężczyzna, miał swoje pasje, ale zawsze unikał okazji do grzechu. W XIX-wiecznej, szarganej kryzysami ekonomicznymi Francji wielu przedsię­biorców przegrywało całe majątki, grając w karty. Ludwik nigdy nie dawał się wciągać w takie rozrywki, roztropnie dobierając sobie towarzystwo. Jego pasją było łowienie ryb. Czasem zabierał Tereskę: To były dla mnie piękne dni, gdy mój kochany król zabierał mnie ze sobą na ryby – wspomina święta.

Jednak najbardziej lubił wypoczywać z rodziną, przy boku żony i córek. Z wiarą i całkowitym poddaniem się woli Bożej Ludwik przyjmował wszystkie bolesne sytuacje: śmierć czwórki swoich dzieci, a później ukochanej żony. Po śmierci Zelii przeniósł się z córkami do Lisieux. Po kilku latach spokojnego życia cztery córki zaczęły kolejno wstępować do klasztoru sióstr karmelitanek.

Ludwik przeżył w małżeństwie z Zelią dziewiętnaście lat. Po jej śmierci stał się dla córek także matką, starając się wypełnić wyrwę, jaka powstała po śmierci żony. Wciąż o niej pamiętał i ją wspominał, odczuwał jej stałą obecność. Z radością prowadził kolejne córki do klasztornej furty, gdy wstępowały do zakonu, wciąż mówił o dobroci Boga, który chce od niego tej ofiary. Ale uszczę­śliwiała go pewność, że zbawią dusze. On także zmarł w opinii świętości własnej rodziny i znajomych.

Po wstąpieniu do klasztoru w 1888 roku jego najmłodszej ukochanej córki Teresy rozpoczął się dla Ludwika szczególny czas zjednoczenia się z Chry­stusem w cierpieniu. Ciężko zachorował, został sparaliżowany. Ostatnie lata swo­jego życia przeżył w swoim domu, otoczony troskliwą opieką córki Celiny. Zmarł 29 lipca 1894 roku w wieku 71 lat.

Powołanie kobiety – żony i matki

ZELIA GUERIN, żona Ludwika, urodziła się 23 grudnia 1831 roku. Po studiach pragnęła wstąpić do zakonu, jednak nie została przyjęta. Po nieudanej próbie wypowiedziała do Boga następujące słowa: Boże mój, skoro nie jestem godna być Twoją oblubienicą jako zakonnica, wyjdę za mąż, aby móc wypełnić Twoją świętą wolę. Dlatego też proszę, daj mi dużo dzieci i niechaj wszystkie Tobie będą poświęcone. Pan Bóg w stu procentach wysłuchał jej modlitwy. Uro­dziła dziewięcioro dzieci, a pięć córek, które przeżyły – czwórka ich rodzeństwa zmarła w dzieciństwie – rzeczywiście poświęciły się Bogu w życiu zakonnym.

Codzienność nie przysypywała czuwania Zelii. Miewała natchnienia, sły­szała wewnętrzny głos: „Zajmij się koronką z Alenęon” albo „To ten, którego przygotowałam dla ciebie” – gdy po raz pierwszy spotkała przyszłego męża. Zaczęła wtedy zajmować się artystycznym haftem i otworzyła swoją pracownię. Zelia była niezrównaną mistrzynią koronczarstwa. Paryż wciąż błagał o więcej i więcej jej perfekcyjnych, nieziemsko pięknych koronek, zaś ona nie mogła nadążyć z wypełnieniem wszystkich zamówień.

Pewnego dnia, przechodząc przez most w Alenęon, zobaczyła Ludwika. Kiedy mijał ją, usłyszała wewnętrzny głos: „To jego przygotowałem dla ciebie”. A oto fragmenty z listów, w których Zelia wyraża swoją miłość do Ludwika: Kocham Cię nad życie. Ściskam Cię całą miłością, jaką mam dla Ciebie. Towarzy­szę Ci swoimi myślami przez cały dzień. Wydaje mi się niemożliwe, abym mogła żyć bez Ciebie.

Zelia dbała o rozwój swojego życia duchowego. Była pracowita, starała się mądrze wychowywać dzieci. Nie stawiała w centrum troski o urodę, chociaż dbała o siebie i o to, aby córki były ładnie ubrane.

Dzieci były dla niej darem od Boga. Z wielką radością Zelia przyjmowała poczęcie i narodzenie każdego z dziewięciorga dzieci. Bardzo je kochała i modliła się o to, aby szły trudną drogą wiary do nieba. Ich urodzenie i wychowanie uwa­żała za swe najważniejsze życiowe zadanie.

Nie traktowała dzieci jako swojej własności. Śmierć czwórki z nich przy­jęła z bólem, ale z całkowitym poddaniem się woli Bożej. Była świetną obserwatorką życia swoich córek oraz ich przewodniczką. Spędzała z nimi wiele czasu, dostosowując do każdej z nich metody wychowawcze, licząc się z odmiennością upodobań i charakteru każdej z nich.

Wierzyła, że Bóg ma wspaniałe plany względem jej dzieci, i pragnęła, by były one jak najlepiej przygotowane do wypełnienia życiowych zadań. Święta Tereska trafnie ujęła starania rodziców o ich wychowanie: Cóż by się stało, gdyby niezręczny ogrodnik nie zaszczepił dobrze swoich krzewów? Gdyby nie umiał roz­poznać gatunku każdego z nich i chciał, aby róże kwitły na moreli? Uśmierciłby drzewo, które przecież było dobre i zdolne do rodzenia owoców. To w ten sposób trzeba umieć rozpoznać już w dzieciństwie, czego Bóg żąda od dusz i współpra­cować z działaniem łaski, nigdy go nie wyprzedzając, ani też nie powstrzymując.

Zelia przyjęła za swoje pragnienie Jezusa, aby zostać świętą. Od młodości towarzyszył jej Chrystusowy krzyż cierpienia. Kiedy zachorowała i okazało się, że jest to śmiertelna choroba, w jednym z listów napisała: Jeśli dobry Bóg chce mnie uzdrowić, to będę się bardzo cieszyła, bo pragnę jeszcze żyć i nie opuszczać swojego męża i dzieci. Lecz równocześnie mówię sobie: jeśli nie wyzdrowieję, to widocznie dla nich będzie lepiej, że ja odejdę.

Zelia zmarła na raka 28 sierpnia 1877 roku w wieku 46 lat. Jej śmierć była dla rodziny ciosem. Sam Ludwik, po latach, umierał sparaliżowany i pozbawiony zmysłów, otoczony jednak troską i miłością swych córek zakonnic.

Święci małżonkowie

Zelia i Ludwik Martin wiedzieli, że Bóg dał im się poznać po to, aby złączyli się węzłem małżeńskim. Nie tracąc czasu, po zaledwie trzech miesiącach od zaręczyn, weszli na drogę sakramentalnego małżeństwa 13 lipca 1858 r. Zelia miała wówczas 27 lat, a Ludwik 35.

Ludwik i Zelia prosili Boga o dar czystego serca. Wierność Chrystusowi pozwoliła im zachować czystość przed ślubem. W sakramencie małżeństwa Pan Jezus zjednoczył Ludwika i Zelię więzami swojej miłości. Odtąd stali się dla sie­bie mężem i żoną.

Ich miłość była znana wszystkim. Zelia i Ludwik wiedzieli, że jedynym źródłem ich miłości jest Chrystus obecny w sakramencie małżeństwa. Dlatego każdego dnia rano uczestniczyli we Mszy świętej. Zelia doskonale zrozumiała swoje powołanie kobiety, żony i matki. Kiedy brat zapytał w liście, jakiej ma szukać dla siebie żony, odpisała: Najważniejsze, by znaleźć kobietę o dobrych przymiotach, która by nie lękała się zabrudzić ręce w pracy, nie przywiązywała większej wagi do toalety, niż to wypada, która by umiała wychować swoje dzieci do pracy i pobożności.

Oboje marzyli o życiu całkowicie poświęconym Bogu i przenikało ich pragnienie doskonałości. Sakrament, którego sobie udzielili, był dla nich rzeczy­wistością tak wzniosłą, że zdecydowali się żyć jak brat z siostrą. Po dziewięciu miesiącach spowiednik przekonał ich, że powinni odstąpić od tego zamiaru.

Małżeństwo Ludwika i Zelii Martin było niezwykle zgodne, bo – jak pisze Zelia – nasze uczucia były zawsze nastrojone na jeden ton. Decydującą rolę odegrała w nim niewątpliwie Zelia. Znajdowała jednak oparcie w mężu we wszystkich swoich poczynaniach: On zawsze był moim pocieszycielem i podporą. Ludwika kochała i podziwiała, czemu dawała niejednokrotnie wyraz w swoich listach: Jestem zawsze z nim szczęśliwa; on jest tego przyczyną, że życie moje jest bardzo miłe. Mąż mój – to święty człowiek. Życzyłabym wszystkim kobietom takich mężów. Pragnęła jego dobra i szczęścia.

We wszystkich sprawach małżeństwo Martin podejmowało wspólnie decyzje. Byli zamożni, ale dzielili się z biedakami, hojnie wspierali Kościół, ofia­rowali wielką sumę na nowy ołtarz główny katedry w Lisieux. Dużo modlili się i pracowali, poświęcali czas dzieciom i dalszym krewnym. Rytm dnia odmierzały regularne modlitwy, niedzielne Eucharystie, święta, pielgrzymki. Święci małżon­kowie Ludwik i Zelia Martinowie w swoim małżeńskim życiu do końca wypełnili wolę Bożą.

Święci rodzice

Święci rodzice wychowują święte dzieci. Doskonale zrealizowane powo­łania Zeli i Ludwika Martin pozwoliły ich córkom właściwie rozeznać i wypełnić ich własne powołania. Święta Tereska ujęła to w taki sposób: Jak małe ptaszki uczą się śpiewać, słuchając swoich rodziców, tak samo dzieci zdobywają naukę cnót, wzniosłą pieśń Bożej Miłości, przy boku dusz, które są zobowiązane ukształ­tować je do życia.

Dzięki Zelii i Ludwikowi ich rodzina stała się „domowym Kościołem”. Małżonkowie wspólnie się modlili, uczestniczyli we Mszach św., a także uczyli swe dzieci współczuć oraz pomagać biednym. Chociaż byli liczną rodziną, to jednak zawsze wspierali potrzebujących. Córka Celina wspomina: Chociaż w naszej rodzinie panowało prawo oszczędzania, to jednak w stosunku do biednych kierowaliśmy się hojnością. Szukaliśmy biednych, zapraszaliśmy ich do domu, po nakarmieniu i ubraniu rodzice zachęcali ich do czynienia dobrze. Do dziś mam obraz zatroskania mojej mamy o pewnego biednego starszego człowieka. Miałam wtedy siedem lat. Szłyśmy razem z mamą i spotkałyśmy go na ulicy. Mama popro­siła Tereskę, aby dała mu trochę pieniędzy. Nawiązała się z nim rozmowa, po któ­rej mama zaprosiła go do domu. Poczęstowała go obfitym obiadem, dała mu buty i ubranie, a na pożegnanie powiedziała, że może zawsze do nas przyjść, gdy będzie potrzebował pomocy. Mój tato postarał się znaleźć mu pracę, a jak zachorował, miejsce w szpitalu. W każdy poniedziałek biedni przychodzili do naszego domu z prośbą o jałmużnę. Dawaliśmy im pieniądze i jedzenie. To Tereska najczęściej wypełniała to zadanie. Pewnego dnia, wychodząc z domu, spotkaliśmy bezdom­nego. Nasz ojciec zaprosił go do domu, nakarmił i dał mu to, czego potrzebował, a na koniec poprosił, aby udzielił nam swojego błogosławieństwa. Tato, Tereska i ja uklękliśmy, a on nas pobłogosławił i wyszedł.

Mała droga do Boga

Teresa obserwowała rodziców i wyciągała wnioski. Bez wątpienia jej mała droga do Boga, którą odkrywała z taką żarliwością za kratami Karmelu, była zainspirowana doświadczeniem duchowym jej rodziców – zwyczajna codzien­ność, wierność w wypełnianiu obowiązków, miłość w każdym ułamku sekundy. Jej starsza siostra, Celina, podsumowała po latach: nasza Teresa odziedziczyła te głębokie predyspozycje, które miały z niej uczynić apostołkę małej drogi.

Trudno nie dostrzec, że Boży wymiar tej kanonizacji przekracza samą świętą i że Kościół, wynosząc na ołtarze dziewiąte dziecko Ludwika Martin i Zelii Guerin, koronuje w chwale córki wybitne cnoty obydwojga rodziców, którzy stwo­rzyli rodzinę wielodzietną i świętą oraz są nadzwyczajnym wzorem małżonków chrześcijańskich – napisał francuski ksiądz, komentując kanonizację Teresy.

Kościół potwierdził intuicję osób, które znały Ludwika i Zelię – mąż i żona zostali kanonizowani. Patrząc na nich z perspektywy czasu, można dostrzec nie tylko wzór, ale pionierów, wytyczających nowe szlaki dla większej części chrześcijan – wspólną drogę do świętości, we dwoje.