Błogosławieni Maria i Ludwik Beltrame Quattrocchi Wzór jedności i wierności małżeńskiej

28
Błogosławieni Maria i Ludwik Beltrame Quattrocchi

Wspomnienie: 25 listopada

MARIA (1884-1965) pochodziła z florenckiej gałęzi arystokratycznej rodziny Corsinich, która w roku 1893 osiadła na stałe w Rzymie. Tutaj Maria skończyła szkołę średnią, dojrzała jako chrześcijanka i kobieta. Podczas rzymskich spotkań towarzyskich poznała młodego adwokata LUDWIKA BELTRAME QUATTROCCHI (1880-1952). Ładna, obdarzona żywym temperamentem i nieprzeciętną inteligencją, Maria spodobała się przystojnemu, spokojnemu Ludwikowi. Spoty­kali się na eleganckich przyjęciach, pisali do siebie grzeczno­ściowe bileciki, a po roku znajomości w romantycznej scene­rii, przy sonacie Beethovena, wyznali sobie miłość. Datę tego wyznania i pierwszego pocałunku będą zawsze obchodzić jako rocznicę zaręczyn. Do oficjalnych zaręczyn, według rytuału właściwego ich epoce i pozycji społecz­nej, doszło w marcu 1905 r., a w listopadzie tegoż roku odbył się ślub w Bazylice Matki Bożej Większej. Młoda para zamieszkała razem z dziadkami i rodzicami Marii w eleganckim ośmiopokojowym mieszkaniu w centrum Rzymu, przy via Depretis.

Obserwując „zewnętrzną” biografię Marii i Ludwika, moglibyśmy ich scharakteryzować jako typowe zamożne małżeństwo rzymskiej elity intelektual­nej pierwszej połowy XX wieku. On postępuje w karierze zawodowej, jest cenio­nym prawnikiem zajmującym wysokie stanowiska w państwowym wymiarze sprawiedliwości. Ona zajmuje się domem i czwórką dzieci, przy pomocy służą­cych i guwernantek, prowadząc działalność charytatywną, typową dla zamożnych dam, przyjmują gości, chodzą do opery i teatru. Wiedli życie według zwyczajów i zasad właściwych dla ich epoki i środowiska, ale od konwenansów wolna była ich wielka miłość, która z biegiem lat umacniała się i wzrastała. Historię tej miło­ści znajdujemy w długich listach (zachowało się 268), które codziennie do siebie pisali, gdy rozstawali się nawet na krótko.

Wspólne, szczęśliwe życie kończy śmierć Ludwika w roku 1952. Maria przez 14 lat wdowieństwa uważała się za fragment jednej całości, którą stano­wili. Wyraziła to w pięknym eseju-wspomnieniu, napisanym w rok po śmierci męża, zawierającym syntetyczny opis przeżycia we dwoje tego samego życia oraz swoistą apoteozę sakralności i nierozerwalności małżeństwa. W rodzinie Beltrame uderza wyjątkowo intensywne życie religijne objawiające się w prak­tykach pobożnościowych oraz w ożywionej działalności apostolskiej i kultural­nej. Oboje angażowali się w wielorakie formy apostolstwa, nie bojąc się nowych stowarzyszeń i nurtów. Maria organizowała np. nieformalne spotkania dla kobiet o wychowywaniu dzieci, inspirowała także wspólne modlitwy z udziałem rodzin z sąsiedztwa, niezależnie od ich statusu materialnego. Nawiązywali kontakty z wybitnymi duchownymi. Oboje żywo interesowali się i aktywnie uczestniczyli we wszystkich najważniejszych wydarzeniach z życia Kościoła we Włoszech. Ogromne zaangażowanie Marii w upowszechnienie nabożeństwa wynagradza­jącego do Najświętszego Serca Jezusowego, jej działalność w nowo powstałej Akcji Katolickiej oraz wkład Ludwika w rozwój katolickiego skautingu.

Maria i Ludwik Beltrame czuli się odpowiedzialni za Kościół i tej odpo­wiedzialności uczyli własne dzieci, zachęcając do tego inne rodziny. Częstymi gośćmi w mieszkaniu państwa Beltrame byli księża i zakonnicy, którzy odegrali wielką rolę w formacji intelektualnej i religijnej ich czworga dzieci oraz w odkry­ciu ich powołania. Jednym z przejawów intensywnego życia duchowego domo­wego Kościoła państwa Beltrame jest wstąpienie do seminarium dwóch synów oraz starszej córki do benedyktynek klauzurowych, podczas gdy najmłodsza wybrała życie konsekrowanej świeckiej.

Po opuszczeniu domu przez troje dzieci dla rodziców zaczął się nowy etap rodzinnego życia, oboje brali udział w ważnych momentach życia wspólnot zakonnych swoich dzieci, a przede wszystkim prowadzili ożywioną korespon­dencję. Piszą oni dużo o swoim intymnym kontakcie z Bogiem, dzielą się owo­cem kontemplacji, lektur i stale zachęcają dzieci do pogłębiania wiedzy religijnej. Jak wszyscy kochający rodzice, troszczą się o potrzeby materialne swych dzieci, martwią się każdym przeziębieniem, oraz grożącymi im niebezpieczeństwami, zwłaszcza w czasie wojny (obaj synowie byli kapelanami wojskowymi, a klasztor córki był bombardowany), ale najbardziej troszczą się o rozwój duchowy.

W momencie ślubu Maria była bardziej dojrzała religijnie niż Ludwik i początkowo to ona była główną inspiratorką ich praktyk religijnych, lektur i apo­stolatu. Jednak już po kilku latach zaczęli wspólnie kroczyć drogą ku świętości, wspierając się nawzajem; gdy jedno z nich zwalniało, drugie czekało i dodawało sił.

Rytm ich codziennego życia wyznaczała praca, wspólna modlitwa, codzienna Msza święta i Komunia święta, co wówczas nie było wcale powszechnie przyjętym zwyczajem świeckich katolików, dzień kończyli wspólnie odma­wianym różańcem. Nie izolowali się od „świata”, odwiedzali i przyjmowali krew­nych i przyjaciół. Nicią przewodnią wszelkich ich działań i planów była wierność Bogu i totalne zawierzenie się Mu, w przekonaniu, że wierność Bogu nie wymaga wyrzeczenia się tej miłości, która jest celem i treścią świętego związku małżeń­skiego, a raczej – potęguje ją i umacnia. Bóg pomaga lepiej miłować współmał­żonka.

Najważniejszą regułą życia codziennego rodziny Beltrame było posta­wienie Boga na pierwszym miejscu. Głęboka miłość, jaka łączyła Marię i Ludwika, znalazła najpiękniejszy wyraz i największe umocnienie w jedności duchowej. Świadomie tworzyli tę cielesno-duchową rzeczywistość, na którą Jan Paweł II znalazł genialny termin „jedność dwojga”. Niemal przez pół wieku doświadczali tej jedności bogatej w niepowtarzalność każdego z nich i dynamicz­nej dzięki nieustannej wymianie wzajemnej miłości opartej na mocnym funda­mencie miłości do Boga. Ścisłej jedności dwojga nie osłabiła podjęta w 21 lat po ślubie decyzja „rozdzielenia łóżek”. Ta decyzja – zasugerowana przez spowied­nika, niemniej absolutnie wolna – nigdy nie była dyskutowana nawet z najbliż­szymi czy ostentacyjnie ogłaszana. Mało osób o niej wiedziało, tym bardziej że w zachowaniu małżonków nic się nie zmieniło, nie szczędzili sobie czułych gestów wyrażających niezmienioną miłość.

Rozważanie Marii napisane po śmierci męża zawiera opis tego pogłę­biającego się stale (aż do śmierci) zjednoczenia. „Całe życie, także i w starości, kiedy to staraliśmy się nawzajem przekonać, że będzie jeszcze trwało bardzo, bardzo długo, doświadczaliśmy wyraźnie tej jedności, której nic nie może znisz­czyć. Czuliśmy się jednym wielkim głazem. Byliśmy jedną bryłą skalną, chcianą przez Boga i scaloną przez Niego w sakramencie małżeństwa, która w ciągu wielu lat wzajemnej miłości i porozumienia zmieniała swą zewnętrzną formę, ale też stawała się tak jednolita, że nie można było jej rozbić. Gdy z takiej skały ukruszy się choćby jeden mały kawałek, jest już niepełna, trudniej jej samodzielnie ustać”.

Maria przyrównała wieloletni wysiłek tworzenia małżeńskiej wspólnoty do tkania dwukolorowego materiału. Na początku można odróżnić poszczególne nici, ale gdy już splotą się w tkaninę, nie można wyciągnąć żadnej z nich bez zniszczenia materiału.

W ciągu 46 lat takiej żmudnej pracy tkania jednego życia, Maria i Ludwik nie doznawali znudzenia, przesytu czy zmęczenia. Maria wyznaje, że przez 46 lat zawsze taką samą radością napawał ją odgłos zgrzytu klucza w drzwiach otwie­ranych przez męża.

Ich zasada doskonalenia się oraz zachowywania wierności w każdej najmniejszej sprawie i chwili ożywiała monotonię. Starali się też upiększać codzienność, w czym najważniejsza rola przypadła Marii, obdarzonej talentem artystycznym i zdolnościami organizacyjnymi. Od nudy chroniła ich miłosna tro­ska o codzienną pracę i przeżycia drugiego, która też dawała ogromne poczucie bezpieczeństwa.

W tym sielskim na pozór życiu dobrze sytuowanej, cenionej rodziny nie brakowało zmartwień, rozczarowań, niepokojów i cierpienia. Stanowiły one, tak samo jak radości, ważne etapy na drodze do doskonałości małżeńskiej i chrześci­jańskiej. Pierwszą poważną próbą było zagrożenie życia Marii w czasie czwartej ciąży, a polegała ona nie tyle na fizycznym bólu, co na nacisku lekarzy na doko­nanie aborcji. Oboje bez wahania postanowili nie zabijać dziecka.

Cierpienie przeżyte razem jednoczy małżonków, ale przybliża też do Boga – jeśli jest przeżyte jako forma współpracy z Jezusem. Maria tak formułuje ich wspólne przekonanie: „Jezus nas bardzo miłuje, dlatego chce żebyśmy – jak prawdziwi przyjaciele – pomogli Mu zbawiać dusze, niosąc Jego krzyż, kilka kro­ków, tylko kilka kroków. Zróbmy to z miłością i dla miłości, nie z przymusu, jak Cyrenejczyk. Coraz ściślej zjednoczeni w Nim, będziemy od Niego czerpać siły.

W życiu rodzinnym radość splata się z bólem. Największa radość rodzi­ców jest prawie zawsze owocem poświęcenia. Rodzice muszą się stale uczyć wyrzekania się siebie, co objawia się najpierw poświęceniem dla dzieci, a potem ofiarowaniem dzieci Bogu lub innym. Małżonkowie, aby stworzyć jedność dwojga, żyć jednym życiem, muszą się wyrzekać przywiązania do samych siebie, egoistycznego koncentrowania się na sobie. Ofiara w ustawicznym odrywaniu się od siebie samego, czyni człowieka wolnym, obdarza prawdziwą wolnością, która napawa radością” – uczy Maria.

Wiekuiste razem

Jedność w miłości Marii i Ludwika od początku ich wspólnego życia wyrażała się w jedności przeżyć i pragnień, które kierują się ku ludziom, ale też i ku Bogu. Zakochani w sobie chcieli razem miłować Boga, w przekonaniu, że Bóg nie dzieli kochających się ludzi, ale swoją miłością ich do siebie zbliża. Ludwik mówił po prostu: „dusza moja potrzebuje twojej duszy, aby żyć pełnią życia”.

Toteż w miarę, jak zacieśniała się ich małżeńska więź, coraz bardziej pra­gnęli zjednoczenia z Bogiem. Kierunkiem ich wspólnego rozwoju duchowego był Bóg, a celem wyraźnie określonym – połączenie się z Nim na wieki. Jest to więc dążenie do świętości, które już w pierwszych latach małżeństwa było bardzo wyraźnie uświadomione, a potem – bardzo gorliwie realizowane. Byli przeko­nani, że pomagała im w tym wzajemna miłość, chroniąc od sterylnej oschłości, która zabija życie duchowe. We dwoje łatwiej się uświęcić, z większą radością ponosi się wyrzeczenia i trudy wspinaczki na szczyty świętości.

Historia życia i świętości Marii i Ludwika Beltrame Quattrocchi poka­zuje, że świętość w małżeństwie jest możliwa, co więcej – pozwala małżeństwu pełnić cel, który mu Bóg wyznaczył. Uświęcając siebie, małżonkowie uświęcają świat, zmieniają go na lepszy. Żaden duchowny nie ma takiego wpływu na formo­wanie osoby ludzkiej, a przez to na dzieje świata i przybliżanie go do Boga, jak ci chrześcijanie, którzy zostali powołani do życia w małżeństwie i rodzinie.