Narzeczona Sandra Sabattini, Służebnica Boża

489
Służebnica Boża Narzeczona Sandra Sabattini

SANDRA SABATTINI urodziła się we włoskim Riccone, w prowincji Rimini, w 1961 roku. Mieszkała w Misano Adriatico ze swoimi rodzicami i bratem Raffaelem. Gdy miała 4 lata, rodzina przeprowadziła się na pleba­nię kościoła św. Hieronima w Rimini, gdzie jej wujek Giu­seppe Bonini (brat mamy) był proboszczem. Mając zaledwie 10 lat, Sandra zaczęła prowadzić pamiętnik. Odnaleziono w nim zdanie: „Życie bez Boga to tylko sposób na przemi­janie, nudne czy zabawne, ale wypełnione oczekiwaniem na śmierć”. Jej zapiski odkryto dopiero po jej śmierci.

Kiedy miała 12 lat wstąpiła do wspólnoty Jana XXIII i zaczęła brać aktywny udział w jej programie formacyjnym oraz prowadzonych działaniach charytatywnych. Spotkania były organizowane na plebanii jej wujka. Wspólnota zajmowała się pomocą osobom niepełnosprawnym, potrzebującym i uzależnio­nym od narkotyków. Wyjeżdżała m.in. na obozy integracyjne z młodymi niepeł­nosprawnymi ludźmi. W wakacje 1974 roku Sandra pracowała w domu Madonny delle Vette w Canazei, pomagając wielu niepełnosprawnym ludziom. Poświęce­nie się dla drugiego człowieka było dla niej źródłem radości. W pamiętniku zano­towała, że nie chce opuścić tych ludzi, prosiła Boga, by dał jej siłę do pokonania własnej pychy, ograniczeń i słabości. Zdała maturę i rozpoczęła studia medyczne na uniwersytecie w Bolonii.

Od zawsze marzyła by pomagać innym. Po maturze Sandra rozpoczęła studia medyczne, pragnęła również wyjechać do Afryki jako misjonarz medyczny. Wiodła życie radosnej, pobożnej i zwyczajnej dziewczyny. Mimo wielu obowiąz­ków nie zaniedbywała nauki i była bardzo dobrą studentką. Jej marzeniem było to, by zostać misjonarzem medycznym w Afryce. Pomagała ludziom biedniej­szym od siebie, niosła im sens życia i prowadziła do Jezusa. Często wcześnie rano wstawała, by udać się do kościoła i adorować Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie, w ciszy i skupieniu. Siedziała wtedy na podłodze na znak pokory i uniżenia. Pisała w pamiętniku: „Prawdziwym cudem jest to, że Bóg powołuje takie biedne i nędzne istoty. Miłość jest syntezą kontemplacji i działania, punk­tem, gdzie niebo łączy się z ziemią, gdzie ludzie łączą się z Bogiem”.

Poprzez wytrwałą pomoc drugiemu człowiekowi, pokorną służbę, poka­zywała drogę do Jezusa, wypełnioną miłością do Niego, ale i do bliźnich. W tym czasie poznała również Guido – swojego chłopaka, a później narzeczonego, z którym planowała wspólną przyszłość. Plany młodych zakochanych pokrzyżował wypadek, któremu dziewczyna uległa 29 kwietnia 1984 r. W drodze na spotkanie wspólnoty w miejscowości Igea Marina, wysiadającą z samochodu Sandrę potrącił jadący z naprzeciwka rozpędzony samochód. Natychmiast została wezwana karetka pogotowia. Obrażenia głowy były jednak poważne.

Młoda 23-letnia narzeczona umarła trzy dni później 2 maja 1984 roku, nie odzyskawszy przytomności, w szpitalu w Bolonii. Przy jej śmierci byli obecni bli­scy, ale również i ks. Benzi ze wspólnoty Jana XXIII, który stał się postulatorem jej procesu beatyfikacyjnego. W jednym z wywiadów jej ówczesny narzeczony wspominał po latach, że Sandra pokazała mu niezwykłą odwagę, dojrzałość wiary mimo tak młodego wieku. Umarła przecież w wieku zaledwie 23 lat. Mówił, że to właśnie ona była w jego życiu prezentem i darem od Boga, ale i darem dla Kościoła. Nigdy nie unikała zobowiązań poczynionych wobec innych.

Dnia 6 marca 2018 roku, na audiencji udzielonej prefektowi Kongregacji ds. Kanonizacji, wśród dekretów o heroiczności cnót, papież Franciszek podpisał m.in. ten, który dotyczy włoskiej narzeczonej Sandry Sabattini.

Po śmierci Sandry opublikowano prowadzony przez nią dziennik duchowy. Zdaniem postulatorów procesu beatyfikacyjnego dziewczyny, napisane w nim przez Sandrę teksty świadczą wiele o jej codziennej świętości, ukazując całą duchową wędrówkę dziewczyny naszych czasów, pomiędzy modlitwą a służbą dla najuboż­szych. Do tej pory odnotowano również około 60 świadectw ludzi, którzy zostali uzdrowieni czy pokonali przeciwności dzięki jej wstawiennictwu. Jednym z nich jest Stefano Vitali. Jak podaje KAI, „dla mężczyzny, u którego zdiagnozowano raka jelit, rokowania lekarzy były pesymistyczne: dawano mu 6 do 12 miesięcy życia. Skierowano go na operację. W wieczór poprzedzający operację na szpitalnym kory­tarzu zjawił się przed nim ks. Oreste Benzi. Sam Vitali był w przeszłości sekreta­rzem kapłana. Ks. Oresti zapewnił mężczyznę, że powierzył go wstawiennictwu Sandry, a całą wspólnotę zmobilizował do modlitwy”. Po 3 miesiącach organizm Vitaliego nie nosił żadnych znamion choroby nowotworowej.