Żona i matka Chiara Corbella Petrillo

341
Chiara Corbella Petrillo. Foto: http://www.radom.jezuici.pl

Druga Gianna Beretta Molla Służebnica Boża

CHIARA CORBELLA urodziła się w 1984 r. w Rzymie. W 2002 r. podczas pielgrzymki do Medjugoije poznała swojego przyszłego męża, Enrico Petrillo, który właśnie rozstał się ze swoją dziewczyną i – podobnie jak Chiara – stawiał sobie miliony pytań o przyszłość.

Ich początki nie były łatwe. Chiara była niecier­pliwa, chciała, żeby świat, ludzie i sytuacje były idealne, Enrico miał swoje własne kłopoty: kompleksy, zranienia, wycofania. Oboje mieli silną intuicję, że są sobie przezna­czeni. Zanim jednak wzięli ślub, non stop spierali się, obra­żali, rozchodzili, wracali.

Chiara Corbella zanim dowiedziała się, że po raz trzeci jest w ciąży, urodziła poważnie chorą córeczkę (nadano jej imię Maria), a następnie niepełnosprawnego syna, którego ochrzcili imieniem David. Oboje zmarli krótko po urodzeniu. Przy pierwszym dziecku wczesne USG wykazało, że dziewczynka urodzi się z brakiem sklepienia mózgu i części mózgu, a więc pewnie nie przeżyje doby.  Mąż Chiary przyjął tę wiadomość tak, że nie można było zrobić tego lepiej: Ona jest naszą córką. Będziemy jej towarzyszyć tak długo, jak tylko będziemy w stanie. Mała Maria w łonie mamy robiła wszystko, co mogła, by żyć. Rosła, uczyła się współistnienia z organizmem mamy, odżywiała się, ruszała. Chiara mówiła: Jak mogłabym stanąć jej na drodze? Zdecydowałam, że będę podtrzymywać w tym moją córkę, dopóki tylko będę mogła.

Kolejna ciąża Chiary, trzecie z kolei USG i znów – strzał w serce. Syn nie ma nóg. Chiara i Enrico po pierwszym szoku przygotowywali się do zostania rodzicami niepełnosprawnego dziecka: Enrico stał się ekspertem od dziecinnych protez, para zaczęła kombinować nad ułatwieniami, jakie trzeba będzie zorga­nizować w mieszkaniu. Czwarte USG odarło ich nawet z tej nadziei: Davide nie miał nerek, miał zdeformowane płuca, pęcherz, narządy wewnętrzne były w takim stanie, że on też nie miał żadnych szans na przeżycie. Chłopiec przyszedł na świat w ciszy. Był pięknym dzieckiem. Chiara tuliła go, powtarzając, że jest jej synkiem, jej największą miłością. Ojciec Vito ochrzcił go, tato pomógł go ubrać, założył mu na szyję franciszkański krzyżyk, a gdy Davide odszedł, zaniósł jego ciało do szpitalnej kostnicy.

W 2010 roku Chiara i Enrico dowiedzieli się, że kolejne – trzecie dziecko ma szansę urodzić się całkowicie zdrowe. Jednak tym razem matka wymagała leczenia, gdyż zdiagnozowano u niej raka złośliwego jamy ustnej. W tym wypadku, aby jednak syn Franciszek mógł urodzić się zdrowy, konieczne było poświęcenie Chiary, która zrezygnowała całkowicie z terapii ratującej jej życie w czasie ciąży. Postępy choroby nowotworowej spowodowały, że matka straciła oko.

Lekarze, bliscy, prawie wszyscy namawiali ją, by zgodziła się na cesar­skie cięcie w trzydziestym drugim tygodniu. Ona jednak walczyła jak lwica, by dać synowi choćby parę, paręnaście dni więcej. Liczyła, o ile przybiera na wadze każdego dnia, powtarzała, że to właśnie matka może dać swojemu dziecku przede wszystkim: życie.

Francesco urodził się bez komplikacji w trzydziestym siódmym tygo­dniu. Chiara zaraz trafiła na stół operacyjny, a ból, jaki wywiązał się po zabiegu, był nie do opisania. Kolejny rok jej życia był Golgotą. Z kulminacją chyba nie w momencie śmierci, a wydania wyroku, gdy badanie PET wykazało, że rak jest już w całym organizmie, a stan pacjentki jest terminalny. Chiara zniosła tę wiado­mość lepiej niż Enrico. Wiedziała, że najlepszym, co może zrobić dla Francesca, jest oswajanie go z życiem bez niej u boku.

Młoda żona i mama ostatecznie przegrała walkę ze śmiertelną chorobą 13 czerwca 2012 roku w wieku 28 lat. Na cmentarz odprowadzały ją tłumy: mnóstwo księży, kardynał. Pochowano ją w ślubnej sukience, z bukietem lawendy w ręce. Na tym pogrzebie było odwrotnie niż na innych: Enrico na prośbę żony kupił mnó­stwo małych roślinek, które po mszy każdy z uczestników mógł wziąć ze sobą do domu, by pielęgnować, celebrować życie. Tuż przed śmiercią Chiara zastanawiała się jaki prezent mogłaby zostawić synkowi na jego pierwsze urodziny. Zostawiła list. W jego trzech ostatnich zdaniach jest wszystko, czego człowiek potrzebuje do życia: nadzieja, prawda i miłość: Idę do nieba, aby zaopiekować się Marią i Dawidem, ty zostajesz tutaj z tatusiem. Będę się za ciebie modlić. Jezus pokaże ci ścieżkę, a ty – po prostu zaufaj sobie. To naprawdę jest warte każdego bólu. Kochamy Cię. Mama i tata.